Wakacje minęły w oka mgnieniu. Powrót do szkoły stał się faktem, choć co po niektórzy walczyli z nim do końca. Na nic się jednak zdało wyciąganie baterii ze ściennego zegara oraz zmiana strefy czasowej w smartfonach na Australię. Podejrzewam, że w wielu domach można było dnia 1 września usłyszeć głębokie westchnienie ulgi. W końcu od połowy marca musieliśmy dzielić celę z największą grypserą po tej stronie Bałtyku – naszymi znudzonymi dziećmi. Nauka zdalna okazała się tak naprawdę miłą odskocznią od codziennego utyskiwania i marudzenia dziatwy. Sam przy okazji przypomniałem sobie kilka rzeczy z takiej historii, czy biologii. Zgarnąłem też kilka całkiem niezłych ocen za zadania domowe, praktykowałem zapomniany dzisiaj zawód suflera (nie mylić z surferem), dyskutowałem zawzięcie na klasowym czacie. Córka w tym czasie nudziła się... i rosła.

przez
Blokotka