Strony

19 stycznia 2018

Służba zdrowia oczami Zwykłej Matki

Znacie powiedzenie: "Od lekarzy i szpitali najlepiej trzymać się jak najdalej?". Ja, dopóki się dawało, potrafiłam omijać służbę zdrowia szerokim łukiem. Córka na szczęście nie przechodzi, póki co, jakichś poważnych chorób, więc również nie byliśmy częstymi gośćmi w naszej przychodni. Choć przyznam, że w przypadku oddziału dziecięcego nie jest jeszcze tak źle. Nie licząc incydentu, kiedy maleńka jeszcze wtedy córka dostała 40 stopni gorączki, a rejestratorka kazał zbić temperaturę, zapakować małą do auta i przywieźć do lekarza. Pytam więc: Po co mają wyznaczone godziny wizyt domowych? Na ten wpis złożyło się kilka czynników oraz ostatnie doświadczenia. Tak więc dziś zapraszam Was na wpis: "Służba zdrowia oczami Zwykłej Matki".

zdjęcie: piabay

Jak wspomniałam powyżej, nie rozumiem po co wyznacza się wizyty domowe w przychodniach, jeśli ani dorosły ani dziecko nie jest wystarczająco chore, by przyjechał do niego lekarz? Z kolei jeśli zadzwonicie po pogotowie i podczas zgłoszenia nie "podkręcicie" odrobinę faktów, to też mogą Was spławić i powiedzieć, że tego typu problemy są do rozwiązania w przychodni lekarza rodzinnego.

Bolączki służby zdrowia oczami Zwykłej Matki:
  • lekarz rodzinny - z dziecięcym nie miałam większych kłopotów, ale z moim osobistym to już odrębna historia. Swojego opiekuna medycznego zmieniałam już kilkakrotnie. Dlaczego nie jestem zadowolona z dotychczasowej opieki? Jeden lekarz nie traktował mnie poważnie. Wiecie, na wiele dolegliwości według niego jestem za młoda, a migrena... ? "Na pewno ma pani migreny? A skąd pani wie?" No cóż. Kiedy dwa-trzy dni pod rząd, dwa razy w miesiącu mam wycięte z życiorysu z powodu koszmarnego bólu, światła i dźwiękowstrętu, a nie pomagają żadne tradycyjne leki przeciwbólowe, to chyba mam prawo podejrzewać, że to właśnie napady migreny! Inny lekarz pierwszego kontaktu z kolei nakrzyczał na mnie, że on nie sklep, w którym się składa zamówienie. Poszłam na wizytę faktycznie z gotową listą potrzebnych mi tabletek, zwłaszcza, że kiedyś już mi je ów lekarz zapisywał. Więc poprosiłam grzecznie o wypisanie recept. Niestety, po głupie świstki musimy się udać na umówioną wizytę. Nie można wielu lekarstw kupić bez recepty.
  • specjaliści (terminy i ceny) - ten, kto kiedykolwiek musiał się wybrać do innego lekarza niż tego pierwszego kontaktu, dobrze wie, że terminy są kosmiczne, a ceny jeszcze bardziej! Czekać (nawet prywatnie) na wizytę dwa miesiące? Najkrótszy możliwy termin operacji - rok? Przyznacie, że to absurd goniący jeszcze większy absurd! W momencie kiedy wreszcie udasz się na umówione spotkanie z lekarzem, zostajesz wysłuchany (mniej lub bardziej uważnie), po czym często odesłany do kolejnego specjalisty! Obecnie od miesiąca próbuję się choćby dodzwonić do neurologa, z marnym rezultatem...
  • szpitale - kiedy rodziłam córkę przyjmowano mnie na oddział z wielkim wyrzutem. Położne twierdziły, że przecież i tak dziś nie urodzę (choć byłam tydzień po terminie!), więc niepotrzebnie się zjawiłam. Pojechałam, bo moja Pani doktor miała tego dnia dyżur i chciała wywołać poród. Po porodzie opiekę miałam bardzo dobrą. Naprawdę nie mogę narzekać. Wiedziałam co robię wybierając ten, a nie inny szpital. Ten wybór okazał się jeszcze bardziej właściwy już po czasie, kiedy kilka dni temu spędziłam dwie doby na oddziale położniczym innej placówki. Pielęgniarki - owszem miłe. Jednak czas oczekiwania na przyjęcie na salę... Głodna, bo do badań krwi musiałam być na czczo. Łóżko wolne, bo widziałam jak salowe przygotowały co najmniej dwa. Mimo to, ja jak ta sierota siedzę na korytarzowym krzesełku, bo nikomu się nie chce mną zająć. Podobna sytuacja w dniu wypisu. Chodzą po korytarzach, rozmawiają między sobą, a ja trzy godziny zmarnowałam czekając na papiery! Trzy ciężarne siedziały razem ze mną na korytarzu. Wszystkie na głodnego, a było południe. Łóżka wolne, bo zarówno ja jak i moja współlokatorka z sali zwolniłyśmy miejsce. Miałam wrażenie, że czekają aż któraś zasłabnie żeby cokolwiek zrobić! Jedzenie szpitalne woła o pomstę do nieba. Nieapetycznie podane. Byle jak rzucone na talerz i przede wszystkim... ZIMNE!!! 
Powiem Wam, że tak długo jak tylko można, lepiej trzymać się z daleka od lekarzy i szpitali. Służba zdrowia w naszym kraju, choć pewnie nie tylko w naszym, musi przejść jeszcze wiele zmian. Terminy są koszmarnie długie. Jeśli nawet prywatnie trzeba czekać dwa miesiące, to ja już czegoś nie rozumiem. Często nawet dodzwonić się do placówki nie można. Człowiek płaci składki, a potem płaci po raz drugi, bo jeśli na NFZ czekasz do lekarza kilka miesięcy to trzeba iść prywatnie. Ja myślę, że czasem są takie sytuacje, że człowiek zdąży zejść z tego świata nim zostanie przyjęty i zdiagnozowany.

Jakie Wy macie doświadczenia z naszą służbą zdrowia?